close
Stambuł – w tym szaleństwie jest metoda!

Stambuł – w tym szaleństwie jest metoda!

Porzućcie wszelkie złudzenia, wy, którzy tu wkraczacie! – zawołałby Dante, gdyby przyszło mu powitać nas na stambulskiej ziemi. Złudzenia co do stosowania tu logiki euklidesowej i europejskich zasad ruchu drogowego. Dwudziestomilionowa, jak szacują niektórzy, metropolia swoim rozmiarem i panującym w nim chaosem jest dla przeciętnego Europejczyka nie do ogarnięcia.W tej dawnej stolicy co najmniej dwóch imperiów miałam okazję bywać wielokrotnie – najpierw jako studentka Erasmusa w leżącym 120 km dalej mieście Adapazarı, potem turystycznie, tranzytem na dalszy Bliski Wschód, w odwiedzinach u przyjaciół. Za każdym razem to miasto mnie zaskakuje, irytuje i fascynuje. Kilkakrotnie nawet obiecywałam sobie więcej tam nogi nie postawić. Bezskutecznie.

Mówią, że Stambuł, tak jak Rzym, na siedmiu leży wzgórzach. Na poparcie tej tezy, jedna z tamtejszych licznych uczelni prywatnych nazywa się nawet Yeditepe Üniversitesi – Uniwersytet Siedmiu Wzgórz. Spacerując po mieście nie da się o tym zapomnieć – co chwilę przyjdzie nam to schodzić w dół, to znów wspinać się pod górę, ale widoki, które są naturalnym następstwem takiego ukształtowania terenu, absolutnie warte są wysiłków.

Tyle o tobie już napisano! Pozwolę sobie zatem zignorować w niniejszym tekście takie cuda jak Hagia Sofia, Błękitny Meczet, pałac Topkapı czy Dolmabahçe. Co nie oznacza, że zalecam ich ignorowanie przy okazji pobytu w Stambule; nie zamierzam jednak powielać przewodników. Stambuł, jak każde miasto przecież, to coś więcej niż lista highlights z pierwszej strony przewodnika Lonely Planet czy innego Rough Guide’a.

W podróży zwykle najbardziej fascynują mnie zaskoczenia, drobne niespodzianki, których w przewodnikach znaleźć się nie da (inaczej nie byłyby niespodziankami przecież) – jak na przykład mokre hamburgery (których nikt nigdy nie jadł na trzeźwo) na jednym z rogów centralnego placu Taksim albo park z widokiem na Bosfor, do którego trafiłam zgubiwszy się, usiłując dotrzeć dokądś na tak zwany azymut (metoda niezalecana w nieregularnej siatce ulic na pagórkowatym terenie Stambułu). Dziś wiem, że park nazywa się Sanatkarlar i nawet udało mi się go kilkakrotnie później odszukać przy okazji kolejnych w Stambule wizyt. Miejsce godne polecenia zarówno za dnia, jak i wieczorem, widok jest bowiem stamtąd nieziemski o każdej porze.

Hamburgery poniekąd wiążą się z rzeczonym parkiem, bo to właśnie budka z nimi służyła mi jako punkt orientacyjny, wyznaczając miejsce, w którym należy z placu Taksim skręcić, aby do Sanatkarlar dotrzeć. Czemu nikt nie jadł ich na trzeźwo? Nie wiem. Wiem natomiast, że jest to dość oczywista opcja zaspokojenia głodu po tańcach, hulankach, swawolach w jednym z niezliczonych klubów na rozrywkowo-handlowej alei İstiklal, z której aby się wydostać, trzeba udać się na Taksim na nocny autobus albo – jeśli już po szóstej – na metro. A tak się składa, że na Taksimie nie ma kebaba, są za to mokre hamburgery. Ot co.

Jeśli już o klubach mowa – w kosmopolitycznym stambulskim melanżu znajdzie się ich wiele, ale wraca się do jednego, nawet po latach, zawsze: Araf. Słowo to dla muzułmanów oznacza mniej więcej tyle, co dla chrześcijan czyściec. Zawsze pełen erasmusów i ekspatów, rzadziej turystów, i ze sporym odsetkiem mówiących po angielsku Turków (zjawisko w Turcji nieczęste). Odkąd w Turcji wprowadzono zakaz palenia w miejscach publicznych (alleluja!), nawet czasem da się tam oddychać, a mieszanka muzyczna nikogo nie pozostawia obojętnym. To tam obok siebie lecą takie szlagiery jak Bregovicowy „Prawy do lewego” (po polsku!) i „Everything in its right place” Radiohead.

Po czyśćcu nie zawsze trafia się do nieba, ale mokry hamburger (albo dwa) przed wejściem do metra i wizyta w hamamie po zasłużonym śnie powinna zminimalizować przykre symptomy piekła. Hamam to po arabsku łazienka, a w Turcji to słowo oznacza turecką łaźnię. Można w takim miejscu przyjemnie się wymoczyć, wysaunować i jeszcze zostać wymasowanym na marmurowej leżance. Żaden z właścicieli stambulskich łaźni nie płaci mi za reklamę, więc nie będę tu wymieniać konkretnych nazw – łatwo je znaleźć w internetach.

Gdy już trochę po wyżej wymienionych zabiegach zmartwychwstaniemy, możemy kontynuować czilaut w jakiejś kawiarni przy herbacie i sziszy, czyli nargili. Jakby tego ciągłego łażenia w górę i w dół w terenie było mało, lokale – restauracje, herbaciarnie etc. – też zapewniają nam tego rodzaju atrakcje, oferując wolny stolik np. na trzecim lub czwartym piętrze. Po schodach. Mimo wszystko warto, bo czekać nas tam może taki widok:

Choć Stambuł zawsze pełen jest turystów, to poza szczytem sezonu, trwającym od czerwca do września, jest ich odczuwalnie mniej i to właśnie wtedy zwiedzanie go jest najprzyjemniejsze. Zdjęcia pochodzą z wizyt, które miały miejsce w grudniu – jak widać pogoda tam wówczas dopisuje 🙂

29 marca 2017419Views

Bangkok – azjatyckie miasto kontrastów

Obierz kurs na dobry kantor